Październik na Sanie to senne marzenie każdego wędkarza muchowego. Babie lato, chłodne poranki i ciepłe dni. Kolory jesieni, grzyby, sarenki i… dużo wychodzącego do suchej lipienia. Czy po okresie trudnych lat rzeka się odrodziła? Czy powróciła do swojego normalnego stanu?
Wstępne rozpoznanie wskazywało, że ryby jest sporo ale jest trudna do złowienia. Wyjazd był wspaniałą wyprawą dla mnie jak i moich kolegów z USA, Słowacji, Francji i UK. Miałem okazje podejrzeć różne style i techniki podawania i prowadzenia much. Różnice są i wypływają z przyzwyczajeń przyniesionych z własnych europejskich (i nie tylko) rzek.
Oczywiście na początku dominowała nieufność w możliwości łowiska. Jednak ilość widocznych oczek szybko podnosiła emocje i wymuszała natychmiastowe próby łowienia. Po kilku uwagach dotyczących odpowiedniej metody i przynęt, okazało się że delikatne zestawy francuskich kolegów, są idealnym rozwiązaniem dla większości przypadków. Po kilku godzinach, najbardziej brytyjski z anglików Malcolm (preferowana nimfa NZ), przekonał się, że daleka nimfa lub jak mówią nasi muszkarze (pedały) są bardzo skuteczną metodą na skłute dosyć mocno lipienie.
Ryb jest bardzo dużo. Ludzi jeszcze więcej. Dla miłośników samotnego łowienia na łonie natury, miejsca raczej nie ma. Każda miejscówka to kilka aut, jednak umiejętności raczej niskie więc ryba znosi to cierpliwie 🙂 Tłok rekompensuje możliwość spotkania znajomych. W moim przypadku byli to: Adam Skrechota, Piotr Konieczny, Antek Bogdan i Pan Józef Jeleński. Było mi miło spotkać się z Wami koledzy.
Cieszy widok lipieni w różnych przedziałach wielkościowych od małych 25cm do wielkich w okolicach 50cm. Wszystkie te ryby można zauważyć na płytkich płaniach Sanu oraz w nielicznych obecnie głębszych partiach nurtu. I to co cieszy najbardziej: ryby te są liczne na odcinku specjalnym jak i poniżej Hoczewki. Z pogodą trafiliśmy idealnie, chociaż w trakcie pobytu były poranki z temperaturą plus 3 jak i plus 14. Pogoda zmienna, ale większość dni to jednak słońce… przeszkadzające trochę w łowieniu.
Jednym z mniej miłych akcentów wyprawy był przypadek Daniela, który zaklinował swoją stopę pomiędzy skałami, na środku rzeki. Mimo mojej pomocy noga nie chciała wyjść z dziury. Po kilku minutach podjęliśmy decyzję rozwiązania buta (50cm pod powierzchnią wody). Samo wyjęcie zaklinowanego na dnie Simmsa trwało długo, ale w końcu wszystko skończyło się szczęśliwie. Piękne otoczenie, płytka przejrzysta woda, a tu taka katastrofa. Aż strach pomyśleć co by było gdyby na łowisku Daniel łowił w samotności…

W sumie połowiliśmy bardzo dobrze. Dzienna norma to kilkadziesiąt ryb (najlepsi) kilkanaście (średnio zaawansowani). Rybą tygodnia był przyłów w postaci 57cm pstrąga (Jerome sucha mucha), a największy lipień złowiony na mikro nimfy miał 48cm (Daniel). Oczywiście te większe pospadały 🙂 ale wrócimy jeszcze po nie w tym miesiącu.






Fajny reportaż, miłe zdjęcia. Proszę jednak pozwolić, że zwrócę na jedną rzecz uwagę, ponieważ śledzę Pana bloga i jest on ciekawy. Razi mnie jednak jedna rzecz – bardzo Pan deprecjonuje umiejętności innych wędkarzy, co podkreśla Pan właściwie w każdym publikowanym przez Pana materiale. Rozumiem, że jest Pan pewnie dobrym wędkarzem, ale chyba warto by było czasem swoje wysokie mniemanie o sobie, a raczej niskie o innych schować do kieszeni. Z pewnością będzie się wtedy jeszcze milej tego bloga czytać.
P.S. Nawiązując do jednego z Pana reportaży coś podpowiem, nie zawsze ludzie dobierają metodę, żeby łowić najwięcej, czasami jak w przypadku suchej muchy, ludzie, jak czasami ja, decydują się świadomie na gorsze wyniki, ale większe emocje i przyjemność z wędkowania, lub też mają po prostu ochotę odpocząć od jakiejś metody i pobawić się na inaczej. Pozdrawiam, Paweł Kowalski.
Panie Pawle,
Z przyjemnością przeczytałem Pana komentarz.
Upowszechnił w nim Pan znane mi poglądy, ale z zarzucanego mi złego stosunku do innych wędkarzy, muszę się wytłumaczyć. Wobec zalewu powszechnej bylejakości, obłudy, chamstwa, głównie na forach internetowych, staram się podkreślać na tym blogu, niezaprzeczalne wartości jakie płyną z pogłębiania wiedzy na temat wędkarstwa muchowego. Nie interesuje mnie upowszechnianie zachowań zwykłych lub pospolitych. Chylę czoła przed indywidualnościami chcącymi czegoś więcej, niż tylko sucha mucha lub daleka nimfa z prądem. Staram się wskazywać na głębię wędkarstwa muchowego, która niestety dla jednych równoznaczna jest z wypiciem piwa na brzegu, dla innych jest już prawie religią. Oczywiście wybór drogi należy do każdego z nas. Tak jak jej ocena.
Znam swoje możliwości wędkarskie, wiem jaki poziom techniczny reprezentuję. Miałem właśnie okazję spotkać na Sanie mojego „guru” czyli człowieka, który jest dla mnie niedościgłym wzorem. Napiszę kiedyś o nim w bardziej obszerny sposób, żeby parę osób dowiedziało się, co znaczy słowo „profesjonalny”.
Deprecjacja? Nie, raczej krytyka. Sam Pan zapewne wie, jaki poziom reprezentują obecnie wędkarze muchowi, a jaki reprezentowali kiedyś. Utracono wraz z upowszechnieniem tego sportu, wartości z niego płynące. Samodoskonalenie się, szlifowanie techniki wędkarskiej, zastąpiono „glajchą na krótko”, telefonami do kolegów (gdzie wpuścili i na co bierze) i zawodami na 20cm rybkach (szybko podnosi ego). Temat który Pan poruszył jest bardzo rozległy, ale zapewniam, że mój szacunek do kolegów początkujących w tej dziedzinie jest pozytywny, stały i niezmienny. Chyba nawet bardziej ich lubię niż tych „zbrukanych” zawodami. Potwierdzić to mogą moi liczni uczniowie. Uwagi Pana przyjmuję i obiecuję „schować do kieszeni” dalsze komentarze w tym stylu. Dla równowagi proszę o jeden Pana post do każdego mojego wpisu 🙂
Również z ostatnią informacją z Pana strony zgodzić się nie mogę. Metodę zawsze powinniśmy dobierać w taki sposób żeby złowić i wypuścić szybko, jak najwięcej ryb. Celem wędkarstwa jest: ZŁOWIENIE RYBY. Nie jest celem tego sportu wycieczka, leżenie na brzegu, dyskusje o budżecie PZW czy sprzęcie muchowym. Celem podstawowym jest złowienie ryby.
Zwykle poziom moich uczniów jest tak wysoki, jak wnikliwie traktują swoje hobby. Oczywiście są też takie osoby, dla których zwykłe codzienne troski stanowią taki ciężar, że są w stanie posiedzieć sobie nad rzeką te 8 godzin, pooddychać świeżym powietrzem i popatrzeć w niebo. Tylko po co im wędki i sprzęt za 10.000?
Traktujmy ten sport poważnie. Ingerujemy w naturę swoją obecnością, eksploatujemy ją w tak duży sposób, to oddajmy przynajmniej w zamian swoje zaangażowanie, chęć rozwoju. Może Pan się spytać: dlaczego? Moje doświadczenie potwierdza, że wraz ze wzrostem umiejętności, proporcjonalnie wzrasta wiedza, etyka, kultura i poszanowanie natury. Cechy w naszej społeczności raczej niezbyt cenne. Proszę spojrzeć jak wiele obecni zawodnicy muchowi robią dla naszego hobby. Po przekroczeniu pewnego poziomu umiejętności, nagle wiedzą ile taka wiedza kosztuje, jak jest głęboka, ile jest warta i jaka jest cenna. Automatycznie wzrasta ich poszanowanie tego z czego tak licznie korzystają przez wiele lat.
Tak więc namawiam do podnoszenia kwalifikacji w naszym sporcie. Bo są rzeczy w naszym życiu, który należy robić z klasą. Na bylejakoś zgody nie ma.
Pozdrawiam,
Jurek
Witam Panie Jerzy, dziękuję za obszerną odpowiedź i obietnicę. Ja ze swojej strony niestety nie mogę obiecać postu do każdego wpisu, ale postaram się coś napisać i z pewnością kontynuację śledzenia bloga. Natomiast, wiem już, że z całą pewnością jest tu jeden punkt który nas różni, bardzo istotny, podejście do wędkarstwa muchowego. Dla mnie to przyjemność, widoki, kontakt z przyrodą, przełączenie myślenia i „focus” na czymś zupełnie innym niż na co dzień. Ryby są istotnym elementem, poprawa techniki, wiedza, rozwój również. Robię to 25 lat z małymi przerwami i cały czas staram się uczyć, spotykam ludzi, podpatruję, czytam np. Pana blog i w sumie to konfrontując się na co dzień z innymi wędkarzami chyba jest ze mną źle. Tak więc raczej nie nazywam fly fishingu sportem, chociaż akurat do zwodów i zawodników nie mam nic, mam do nich szacunek, w towarzyskich zawodach zdarza mi się wystartować bo właśnie lubię się spotkać, wymienić uwagi podpatrzeć innych. Picia alkoholu podczas łowienia w ogóle nie uprawiam, bo mnie dekoncentruje i łowienie nie ma sensu w tym stanie…raz spróbowałem i wystarczy, ale faktycznie takie widoki „zwłok” na brzegu się zdarzają;) Jeszce raz dziękuję za odpowiedź i do zobaczenia nad wodą. Kolega namawia na jakieś zawody 18-19.10.2014 na Dunajcu – największy lipień. Wybiera się Pan? Z pozdrowieniami, Paweł Kowalski.
A.. chciałem napisać, że „nie jest ze mną źle” w tej „konfrontacji” z innymi wędkarzami:)
Może od końca: na zawody już nie jeżdżę. Skończyłem ze startami kilka lat temu, świadomie, po zawodach na Sanie. Są pewne granice przyzwoitości, których przekraczać nie należy. Podjąłem słuszną decyzję, a pchnęli mnie do niej moi mądrzy koledzy.
Temat zawodników jest równie obszerny i wymaga osobnego rozwinięcia. Reasumując: nie każda osoba, która mówi że jest zawodnikiem jest również sportowcem.
Proszę sprawdzić w wiki definicję sportu. Bardzo trafna, zapomniana przez większość. Sport i sportowcy to coś czego nam trzeba.
Oceny umiejętności: nie chodzi o to żeby oceniać i zaraz ganić. Chodzi o to żeby uświadamiać. Jak wcześniej pisałem można ten sport traktować płytko. Można też pokazać ile dobrych rzeczy pozostaje nam po spotkaniu nad wodą i wspólnym łowieniu ryb. I nie musi to być zaraz popijawa, obżarstwo, czy głośne zachowanie. Można w spokoju i ciszy zgłębiać tajniki wędkarstwa, które jakże często pomagają później w naszym zagonionym życiu. I zdecydowanie relaksują bardziej niż „oglądanie motylków”.
Na zawody się nie wybieram. Mam zobowiązania wobec przyjaciół (San). Na Dunajcu w kilku miejscach są jeszcze duże lipienie, więc trzymam kciuki i proszę się pochwalić jakimś okazem po powrocie.
Pozdrawiam,
Jurek
Bardziej mi jednak pasują słowa pasja i rekreacja. Obawiam się, że niestety nie uda mi się na tę zawody pojechać. Pewnie prędzej w niedzielę nad górny Dunajec wyskoczę, bo mam ogromny sentyment do tych miejsc, a dawno tam nie łowiłem. A nad San jest wstępny plan na 25-26.10.14. Pozdrowienia i do zobaczenia nad wodą.