Poranna pobudka, kawa, Ipad i … rozczarowanie. Wykresy były bezlitosne. Poziom wody w górę, przepływ w górę. Wiedziałem co mnie czeka. Dobrze że zapowiadanych opadów nie było, tylko kilka większych chmur goniło po niebie. Około 16 stopni na plusie. Przyjechałem do Mszany około 10.00 i przypuszczenia okazały się trafne. Zielona woda. W wyższych partiach wzgórz dookoła miasta płaty śniegu, dodatnia temperatura i widoczne po kolorze wody topnienie trwa w najlepsze. A na nizinach wiosna.
Ubierałem się bez pośpiechu. Mimo tylu przygotowań, okazało się że kilku rzeczy brakuje, że przydałoby się kilka drobiazgów aby cały sprzęt był kompletny. Wszedłem do wody która w okolicach brzegu nie była taka zła. Tylko główny nurt był zdecydowanie zielony, pośniegowy, a woda przejrzysta tak do pół uda. Po 10 minutach bezowocnego łowienia, postanowiłem skupić się na znanych mi z zeszłych lat miejscówkach. Obserwowałem też co płynie po powierzchni i wyraźnie widać było na niej małe czarne muszki takie na #18. Jeden rzut tak 1 metr od brzegu i pierwszy 35cm pstrąg sezonu, wjechał do siatki.

Zdjęcie i do wody. Niestety obiektyw był albo brudny albo zaparował więc przepraszam za jakość zdjęć, poprawię się następnym razem.
Taktyka była niezła więc ruszyłem w górę rzeki. Piękna pogoda, brzydkie ogołocone z roślinności nadbrzeża Mszanki w sumie w samym centrum. Pachną bazie. Ludzie siedzą na brzegach obserwując wariata w zimnej wodzie. Druga ryba nie była zaskoczeniem, ale oczekiwałem raczej czegoś mniejszego. Znowu 35cm długi i chudy jak zawsze o tej porze roku. Ryby wyraźnie rozproszone lub inaczej: aktywne ale wybiórczo. Mając mało czasu zrobiłem może 3 kaskady. Nawet w basenach brań było mało, a delikatne podszarpywania przynęt przez małe ryby, ignorowałem. Szukałem znanych mi dołków gdzie rok temu widziałem fajne sztuki. Fakt że był to środek sezonu ale miejscówki pozostały w nienaruszonym stanie. Kolejny gość zawitał w podbieraku tym razem standard na tej wodzie 28cm. W dalszym ciągu pojedyncze brania w pojedynczych dołkach. Kierowałem się w stronę jednego z ciekawszych miejsc gdzie kilka lat temu, widziałem niezłą sztukę taką pod 60cm. Wyobraźnia szalała, ale ja raczej bez złudzeń wrzuciłem swoje nimfy w piękny dołek. Chyba trzeci rzut, delikatne ugięcie się przyponu zacinam i… poszło! W górę w dół, dookoła mnie 🙂 No nie wierzyłem własnym oczom. Sześćdziesiątak jak nic! Tomek będzie miał wiosenną depresję 🙂
Oczywiście potwór nie pokazywał się na powierzchni, tylko idąc głęboko odjeżdżał raz w dół raz w górę. Jakoś tak dziwnie, zbyt mocno i w bok. Po kolejnym odjeździe naprowadziłem go ponad siebie i nierozsądnie podniosłem do powierzchni. Eeeeeeeeee… wszystko było wiadomo. Piękny czterdziestaczek podpięty za łuk skrzelowy 🙂 Hol trwał jeszcze trochę, fotka i do wody. Chudy ale bardziej wybarwiony od kolegów samiec pokłapał trochę szczęką i wrócił do swojego ulubionego dołka. Mojego również.
Idąc w stronę auta pojmałem jeszcze jedną rybkę. Cały łowienie zajęło mi 3,5 godziny, a te 5 rybek sprawiło mi w tych warunkach dużą przyjemność. Czy pojechałbym jutro? Nie. Czy za tydzień? Być może. Ale za 8 dni pojadę na sto procent. Przy takiej temperaturze, woda będzie już dobra, a pierwsze oczka w sezonie już widziałem!


Był pierwszy wyjazd, były emocje, ryby …a że ‚skromne’, bo szyte na miarę wiosny, to nieistotne!. Ważne że dały przyjemność !.
Jakoś tak dziwnie się czuję… jaśniejszy umysł, więcej wigoru. Chyba jednak pojadę wcześniej. Pozdrawiam!