927-1

Nie bardzo pamiętam kiedy to było. Był letni poranek w Krościenku. Po śniadaniu składającym się z chleba, bryndzy i pomidorów, idziemy z moim Ojcem na rynek. Minęły już dwa tygodnie od czasu kiedy zamówiliśmy w pobliskim sklepie papierniczym… wędkę bambusową. Mam nadzieję, że tym razem dowieźli.

Sprzedawczyni jest lekko skonsternowana: „wędka u nas?” Byłem taki rozżalony. Jednak po chwili pojawia się kierownik. Ma w ręku długi pakunek i już wiem, że nareszcie stanę się właścicielem swojej pierwszej w życiu, wędki do muchy.

Wędka ma prawie żółty kolor. Srebrne przelotki. Sznur made in Germany, taki zielony kabelek. Był strasznie sztywny, jednak jak zrobiło się cieplej, stawał się bardziej elastyczny. W zestawie otrzymałem od Taty kartonik z muchami. Obaj nie mieliśmy pojęcia o ich przeznaczeniu, wielkości, nazwie. Muchy były raczej duże, a Tato w życiu nie łowił ryb. Raczej wolał motocykle. Teraz wiem, że moi rodzice chcieli mnie lekko popchnąć w kierunku jakiegoś zajęcia. W końcu dwa miesiące wakacji to szmat czasu i czasami strasznie się nam nudziło w tym Krościenku.

Pierwsze wyjście na wodę. Mieszkaliśmy dwa kroki od rzeki. Obok dawnej kaplicy przy drodze. Wystarczyło ją przejść i było się nad wodą. Usiadłem na dopiero co wyciągniętych z wody tratwach. Było ciepło więc czułem, że spodnie nasiąkają wodą z mokrego drewna. Pachniały porzucone przez flisaków świerkowe gałęzie. Miałem jakąś żyłkę. Zawiązałem niedługi przypon, na końcu dowiązałem muchę. Pamiętam swoje zdziwienie kiedy zobaczyłem, że haczyk ma oczko. Dwa supły wystarczyły i mucha wisiała na przyponie. Trochę krzywo ale nie zwracałem na to uwagi. Wszedłem w trampkach do rzeki. Dunajec pachniał błotem i wikliną. Pierwszy rzut, a w zasadzie zarzut. Dopiero po chwili zrozumiałem, że trzeba wyciągnąć więcej sznura, żeby mucha poleciała dalej. Kolejny rzut, ściągnięcie muchy i o dziwo na końcu była ryba. W zasadzie rybka, strzebla. Trochę większa od muchy.

Po kilku kolejnych rzutach, pojawia się jakiś kolega. Chłopak w moim wieku. Mówi, że tez łowi ale tylko wieczorami, bo pomaga rodzicom w żniwach. Umawiamy się na wspólne wieczorne łowienie. Około godziny 18.00 spotykamy się przy kościele na rynku i idziemy razem w stronę Szczawnicy. Już jak wyszliśmy nad wodę, stało się coś nieoczekiwanego. W Dunajcu stało dwóch miejscowych wędkarzy i też łowili na muchę. W tych czasach taki widok to było coś szczególnego. Jednemu z nich zadaliśmy pytanie co łowi i odpowiedział nam że „idzie lipień”. Stanęliśmy obaj poniżej tego wędkarza i zaczęliśmy sami łowić. To znaczy, próbować łowić. Generalnie podglądaliśmy, jak łowią miejscowi i staraliśmy się ich naśladować. Ciężko nam to wychodziło. Patrząc się w dół w kierunku mostu, zauważyłem jak w naszą stronę przesuwają się oczka zbierających lipieni. Kilkadziesiąt oczek na całej szerokości rzeki „szło” w naszą stronę. Jak ryby przeszły przez nas, wychodziliśmy z wody, biegliśmy wyżej i zarzucali po raz kolejny te nasze mokre muchy. Wtedy chyba pierwszy raz w życiu poczułem dreszcz emocji i rozczarowania, kiedy w moją ciągniętą po wodzie muchę uderzył lipień. Wędka mocno się napięła, zaczęła trzeszczeć po czym lipień się wypiął.

Tego dnia nie złowiliśmy żadnego z tych pięknych wędrujących lipieni. Ale jakoś nie mieliśmy z tego powodu żalu. Wręcz przeciwnie. Rozmawialiśmy o tym jak i gdzie będziemy łowić dnia następnego. Mieliśmy już plany na kilka następnych dni wakacji. Nie pamiętam już jednak jak to się potoczyło…

 

Photo Credit: Fish Eye Guy Photography