IMG_0708Mój kolega przyjechał z Danii. Rzek u nich mało, dlatego główne destynacje w jego podróżach to norweskie i szwedzkie czyste żwirowe łowiska.

Claus jest przyzwyczajony do rzucania daleko. I robi to pięknie.  Dobra pętla, dobry dystans, dokładne położenie jednej jedynej nimfy. Wygląda to nieźle.

Pierwsza miejscówka to zróżnicowana woda. Dużo miejsca, skaliste dno, płycizny, dołki i przelewy. Pierwszy rzut i mój kolega zapina pstrąga. Niestety w trakcie holu ryba spada ale wiemy już, że mucha jest dobra, bierze, więc pełen nadziei Claus łowi dalej. Problem w tym, że stosuje metodę na norweskie i szwedzki rzeki. Daleką nimfę. Jedną nimfę…

Do obiadu Claus nie ma ani jednego brania. Powoli zaczynam opowiadać koledze o łowieniu na krótko. Po polsku, czesku, francusku. Wtajemniczany w podstawy polskiej nimfy, początkowo z niedowierzaniem i sceptycyzmem podchodzi do dwóch nimf na przyponie. Kilka razy zaplątują mu się muchy, są kłopoty z rzutami. Jednak zaczynają się brania i są wreszcie pierwsze ryby w podbieraku.

IMG_0717

Przesuwamy się do „nimfowych” miejscówek, opowiadam Klausowi o wielu możliwościach prowadzenia nimf. Są brania, spady, ryby większe i mniejsze. Nie mówimy już o dalekich rzutach, rolkach czy mendingu. Stojąc na brzegu czy przysiadając na kamieniach (nie mogę łowić) podziwiam zapał muszkarza i widoczne szybkie postępy.

IMG_0712Nasz dzień Claus kończy stwierdzeniem: „jestem już ekspertem polskiej nimfy!” Wracając do auta śmiejemy się trochę z naszych początkowych niepowodzeń. Tłumaczę koledze, że nie neguję sensu stosowania dalekiej nimfy. Sens jej stosowania jest zwykle wymuszany przez zastałe nad wodą warunki.

„Metodę połowu zawsze dobieramy do zastanych nad wodą warunków. W miejscach łatwo dostępnych, stosujemy krótką nimfę. Tam gdzie woda jest głęboka, a ryba płochliwa i żeruje poza zasięgiem krótkiej nimfy, łowimy na  daleką nimfę stosując jak najdłuższe rzuty.”

IMG_0717-1