
Dawniej było tak: powracaliśmy. Zwykle w wakacje. Nikogo nie stać było na czasochłonne jednodniowe wycieczki na Dunajec. Brak dobrych dróg, dojazd ze śląska do Krościenka trwał 3-4 godziny. Czasy były inne, a jak się łowiło? Zachłannie… ale spokojniej. Byliśmy młodzi ale ruchy mieliśmy wolniejsze. Baliśmy się środowiska, tej głębokiej wody. Mieliśmy do niej większy szacunek. Łowiliśmy z wielkim zapałem i chęcią rozwiązania prostej zagadki: „dlaczego pstrąg bierze przy brzegu”, albo „jak dalej rzucę to czy złowię większą rybę?”. Na pustyni sprzętowej, szukało się prostych adaptacji, rozwiązań i… źródeł informacji. Spotkanie muszkarza nad wodą było świętem.
Kościół w Krościenku był małą niską kaplicą z płaskim dachem… Kilka drewnianych domów o regionalnej architekturze, nieliczni wędkarze, głównie łowiący na spławik z czereśnią lub serek z gruntu. Nikt nie uciekał w swoje znane miejscówki, tylko rozmawiał z kolegą, wymieniał się muchami, umawiał na następne łowienie albo wieczorne rozmowy pod Trzema Koronami. Środowisko było w naturalny sposób zintegrowane. Informacje były skąpe, często ubarwiane i zamglone poprzez szum wypijanego płynu. Ale były nasze, lokalne i zawsze oscylowały w okolicach niezwykłych spostrzeżeń. Gdzie brały, na co, jakie owady imitowała mucha, co złowił kolega i dlaczego w taki sposób. Wszystkie te złe i dobre obserwacje i wnioski jakie z nich płynęły, były weryfikowane następnego dnia nad rzeką. Naturalnie wspólnie z poznanym wcześniej kolegą. Nie łowiliśmy po 30 minut i na piwko. Piwka nigdzie nie było. Wychodziłem o 7.00 rano z domu i wracałem po zmroku. Zmęczony, głodny ale szczęśliwy. Wbrew pozorom nie łowiliśmy zbyt wielu ryb. To była dopiero nauka. I wbrew wszystkiemu, nie przeszkadzało nam to tak bardzo. Byliśmy bliżej natury. Woda ze strumyka, kiełbasa z ogniska i chleb z chlebaka.

Obecnie miejscem gdzie łatwo można znaleźć informację na temat muszkarstwa, stał się internet. Czy to źle? Nie skądże… to tylko inny sposób komunikacji. Mniej naturalny, bardziej prymitywny, łatwy. Zarazem wątpliwie wiarygodny i trudny do zweryfikowania. Unikamy siebie najwzajem bo instynktownie, mamy już dość „hałasu” internetowego forum, natarczywych reklam sklepów, czy dających upust swoim nałogom, chwilowym „miszczom”. Ulegamy sztuczkom marketingowych chwytów, które błędnie wyznaczają poziom zaawansowania wędkarskiego. Jeśli ktoś mówi o sobie dużo, głośno i w wielu miejscach, to zwykle ulegamy. Decyduje autoreklama, ukryte cele i kompleksy autorów. To „ile chyciłeś” a nie to czy potrafisz wyjaśnić, dlaczego.
Cisną mi się tutaj na usta nazwiska osób, jakie pamiętam z dawnych lat. Niektórych już nie ma, inni odsunęli się w cień. Odsunęli się bo natura nie jest głośna. Uczy pokory, skupienia, wewnętrznej analizy. Moi koledzy, potrafili godzinami opowiadać o łowieniu ryb. Śmiać się ze swoich ułomności, błędów, jednocześnie wciągając nas w swój świat much, ryb i środowiska. Przekazywali w ten sposób swoje emocje, przeżycia, ale co ważniejsze uczyli nas pewnych zachowań i… łowienia ryb. Słuchanie ich było jak czytanie książki. Rozwijało naszą wyobraźnię, zapraszało do kolejnego wypadu na ryby i poszukiwania rozwiązań. Otrzymana od nich mucha była symbolem. Nie służyła do złowienia kolejnego lipasa, ale leżąc w pudełku jak cenny skarb, przypominała tą opowieść nad rzeką i osobę darczyńcy.
Dzisiaj jeden post ze zdjęciem plus 30 lajków, robią z Ciebie „miszcza”. Bez opisu 🙂 Personalne rozmowy zastępuje szybki „telefon do przyjaciela”, a trudy złowienia wymiarowego krajowego pstrąga, rekompensuje szybki tęczak ze Słowenii czy tańszy wpuszczak z Vahu. Często okraszony egoistycznym stwierdzeniem: profesjonalny, mistrzowski, największy. Dzieci w wieku kilkunastu lat stają się mistrzami świata w wędkarstwie. I co gorsze, same w to wierzą 🙂 Nastoletni celebryci.
Niestety przeglądając te wszystkie sztuczne zachowania, posty, twitty i blogi zaczynam wysnuwać następujące wnioski: oddalamy się od natury. Denerwując się tym, że nie jesteśmy wystarczająco skuteczni, szukamy coraz bardziej sztucznych rozwiązań. Reagujemy na tworzone przez nas samych, nienaturalne warunki. Wpuszczamy sobie ryby, bo je wcześniej zabijamy. Łowimy na „parkinsony” bo łatwiej je zrobić niż dobrego March Brown’a (a co dopiero go zaprezentować). Szukamy miękkiej wędki, bo „ryby nam będą mniej spadać”…
Jeśli zrozumiemy, że ilość informacji i ich łatwość pozyskiwania też szkodzi, że to co naprawdę cenne przychodzi latami i w trudzie pozyskiwania, może zrozumiemy wreszcie, prosty porządek natury . Zastosujemy muchy, stosownie z rytmem środowiska, znajdziemy czas na rozmowy z napotkanym kolegą i np analizę nadbrzeżnej flory. Wrócimy zatem do naturalnego zachowania jakie kiedyś było normą, a obecnie jest czym jak najbardziej egzotycznym. Ale to niestety wymaga czasu, trudu i co chyba najważniejsze, myślenia.

Piękny tekst, świetne spostrzeżenia i fajne porównanie do czytania książek. Ja też tak mam…
Dziękuję za miłe słowa 🙂