Piękna jesienna pogoda, zaprasza nas nad rzekę w poszukiwaniu lipieni. W trakcie takich wypraw, spotykam kolegów, którzy w jakże różny sposób traktują swoje hobby. Jak do tej pory, żaden z nich nie podjął ze mną dyskusji na temat odmiennego podejścia do takiego… „wyjścia na ryby”.

Wyprawa, wypad, wyskok, dniówka. Różnie nazywamy te swoje przygody z wędką. Mamy bardzo różne podejście do takiego spędzania wolnego czasu, jednak nie bardzo chcemy to zauważyć. Różnice te, wynikające z celu, zaangażowania, doświadczenia, powodują, że zamierzony efekt może być przecież diametralnie inny. Dla jednej osoby, będą to niezapomniane chwile odpoczynku na łonie przyrody, dla innego będzie to złowienie określonej ilości-wielkości miarowych ryb w zadanym czasie.

Tak różne podejście determinuje nasze zachowanie. Dlatego porównywanie jednego czy drugiego muszkarza napotkanego nad wodą, jest dosyć złudne. Jeden chce odpocząć na łonie przyrody (rekreacja), drugi poznaje właśnie nieznaną mu rzekę (eksploracja), trzeci trenuje przed zawodami (sport). Każdy z nas decyduje sam, jak spędza swój wolny czas.

Muszkarz łowiący rekreacyjnie, poświęci więcej czasu na „połączenie się z naturą” z zachowaniem swojego komfortu i stylu. Będzie niespiesznie przemieszczał się nad wodą, lub przysiądzie nad nią w celu obserwacji przyrody, zaczerpnięcia świeżego powietrza czy szybkiego drinka. Łowi zwykle jedną ulubioną metodą i kilkoma muchami. Bez względu na to czy ma to aktualnie sens czy nie. W tej grupie zobaczymy zwykle „modnie” ubranych wędkarzy (często w kaszkietach :)) mających piękne drewniane podbieraki z silikonową siatką i niestety czasami łowiących sprzętem (np łososiowym) nieprzystosowanym do wielkości łowionych ryb. Efekt tego wędkowania nie ma większego znaczenia. Jest to czas na niespieszne zamachy, słuchanie świstu sznura, ćwiczenie pętli czy rzutu z podwójnym pociągnięciem. Bardzo szacowne spędzanie wolnego czasu.

Wędkarz eksplorator to dosyć szybko przemieszczający się nad wodą muszkarz. Stosuje krótkie wieloskładowe wędki. Jego celem jest spenetrowanie jak największej ilości miejsc, znalezienie tych najlepszych, nad które zapewne kiedyś wróci. Nie straszne mu są trudne, zakrzaczone odcinki rzek, głębokie i niebezpieczne brodzenie, czy wspinaczki po śliskich skałach. Takie łowienie wymaga dużej sprawności fizycznej, odwagi, a nagrodą jest złowiona w tak trudnych warunkach piękna duża a zwykle płochliwa ryba.

Zawodnicy lub sportowcy: ponieważ w trakcie swojego łowienia muszą rozpoznać wodę i dobrać najbardziej skuteczną na niej metodę, noszą zwykle ze sobą po dwa, trzy kije. Taka „choinka” szybko obławia najciekawsze miejsca, mając zwykle duże doświadczenie z sposobie ich odnajdywania. Bardzo często zmienia muchy. Nie zależy mu na wielkości ryb, ale na ich ilości, dlatego łowi szybko, obławia znane dołki i szybko przemieszcza się dalej. Wymiana much, zmiana metody, techniki połowu jest bardzo intensywna. Czasami w przypadku chęci poprawienia swojej techniki, pozostaje w jednym miejscu, uparcie trenując jedną z metod.

W trakcie naszych przypadkowych spotkań nad wodą, zawsze można poczuć delikatne napięcie pomiędzy rozmawiającymi ze sobą nieznanymi wędkarzami. Podświadoma chęć rywalizacji, nieufność, chęć dominacji, wyciągnięcia informacji, czy nie daj Boże chęć zastraszenia (tutaj dominują strażnicy :)) są bardzo popularne. Nieporozumienia wynikają właśnie z jednego faktu: nasze cele są diametralnie inne. Dlatego porównywanie swoich umiejętności, efektów, używanego sprzętu czy metod jest bardzo złudna. Różnią nas odmienne cele i sposób ich osiągniecia.