W zasadzie jest zima, chociaż śniegu brak. W nocy minus 5 w dzień w okolicach plus 7. Woda niska i czysta chociaż w godzinach porannych Hoczewka brudzi lewą stronę brzegu. Wędkarzy ledwie kilku, przez mgłę powoli przebija się słońce.

Wiatr nie pomaga w przewlekaniu żyłki przez przelotki. Zmarznięte dłonie z trudem wyjmują muchy na #20. Jakoś montuję suchą do krótkiego przyponu i przebijając się przez ten wiatr zarzucam ją niedaleko. Szybko zmieniam stanowisko, trochę żeby się rozgrzać, trochę żeby przejść się tą wodą jeszcze jeden raz. San jest piękny w deszczu, słońcu, w zimnie i w upale. Robię to już po raz setny, ale nigdy mi się to nie nudzi. Wędrówka w górę rzeki. Tak na koniec sezonu. Manifestacja i hołd.

Widzę lipienie, płoszę je swoją wędrówką pod prąd. Pojedyncze sztuki odsuwają się leniwie na boki  i ustawiają w niskiej i czystej wodzie. Mało aktywne, jakby w letargu. I takie same są brania: sporadyczne, delikatne, wolne, przypadkowe. Na skrajach wolnego nurtu, w prawie stojącej wodzie. Cały czas poszukuję oczek. Widzę pojedyncze wyjścia. Nieostrożne chlupnięcie sznurem, lub hol małej ryby i oczka na dobre znikają.

Narastający przed zmrokiem chłód powoduje też brak koncentracji. Rzuty nie są precyzyjne, nie chce się zmieniać przynęt. Chyba też opadam w zimowy sen. Myśli się o kawie,  ciepłym kominku i rodzinie. Trzeba wracać do domu, sezon się skończył ale już za kilka miesięcy zaczniemy przygotowania do wiosennych wędrówek za pstrągiem. I chyba będzie dużo cieplej.